abato chłopiec. poemat epicki w trzynastu częściach, z prologiem i epilogiem (część trzecia: święte drzewo)

dedykuję mojemu synowi Arturowi Abato

 

 

Od tamtej pory szumiące drzewa

zmieniły się w przyleśną ściółkę

porośniętą krzakami róży

mieszkańcy znad zatoki

nie czynili nikomu krzywdy

pobożni

bronili się jedynie

gdy przybysze próbowali odebrać

zboże

ryby

życie

byli groźni

bezwzględni

ich dzieci

wyrastały na dzielnych wojów

obrońców osady

 

 

Gdyby nie tamten chłopiec

o którym niewiele wiedziano

nie chciano wiedzieć nic

prócz imienia

on nie tylko nie ćwiczył sztuki

orężnej walki

niepokoił dorosłych

zdawało się zbyt wielką

mową

wyrastającą ponad mądrość starców osady

płoche dziewczęta

ciekawił przystępną

wzlatującą ponad ptasie loty

namiętnością

dojrzalszym chłopcom

odsłaniał tajemnice

o których nieco więcej rozmyślali

tylko cisi mieszkańcy odległych

pustelni

 

 

Nie było to roztropne

by ktokolwiek w osadzie

pozostał nienazwany

drobne kropelki deszczu

strącane ku zatoce

pracowicie budują cykl przetrwania

bezimienne

ulotne

nie było jednak miary

by przybłędzie przyciąć strój

zasadny

lśnią na listowiu dębu

krągłe ożywcze krople

ozdoba ptasich dziobów

roszą pobliską miedzę

wypatrując strumienia

sadzawki

zapory

potężne

na równi z oceanem

 

 

Oto za sprawą malca

przybysza

nad zatokę

spoza gór i dolin

zza niebezpiecznych puszcz

siedzib tajemnych mocy

mieszkańcom starego gniazda

przyszło rozważać zagadki

których znaczenia nie pojęli

 

 

Ufali umocnieniom

osady chronionej murem

zdolnym przetrzymać każdy atak

nie sądzili

by ktoś mógł wejść

bez pytania

bez zgody

a zwłaszcza mały chłopiec

znajda

który pokonał śmiertelną przeszkodę

niepostrzeżenie i bezpiecznie

 

 

Nic tu po dumie przodków

wielkim murze

zbudowanym z potęgi nieciosanych głazów

opierających się zakusom

grajków

pieśniarzy

szpiegów

krwawych wojów

świata całego

połączonego z osadą świętą bramą

jedną jedyną furtą

za dnia zapraszającą kupców i pieśniarzy

na jarmarki

 

 

To nie zwyczajna furta

nie brama wytworzona rękoma zwinnych cieśli

scalające ją kłody podobne

do drewnianych

nigdy nie legły

w lepkich dłoniach ognia

choć wiele ord rzucało żagwie

próbując spalić furtę

morderczym gorącem zmierzchu

każdego ranka sama ona otwierała swoje progi

wieczorem ryglowała je

przed nieprzyjaznym czasem

będąc największym ze strażników

 

 

Brama

życia i śmierci

kto przekroczył jej progi

żywy

ten był wybranym do zdrowia

dostatku

kto do osady przybywał w złych zamiarach

próbował wśliznąć się niejawnie

chwytany był natychmiast siłą

bezliku nagich rąk

wynurzających się znienacka

z samego wnętrza muru

i nikt już nigdy więcej

nie widział śmiałka

z czasem tylko głazów przybywało

kamienny mur potężniał

dorównując wierzchołkom

rosnących w puszczy drzew

 

 

Szczęśliwi

którzy mogli zaświadczyć

pisklę przebija skorupę

by poczuć powiew wiatru

a już ptasznik dosięga

płaskich przepiórczych gniazd

szczęśliwi

jeśli słuchali prawdy

łowczy rozwiesza sieci

w trzewiach wrzosowisk

parowów

splecione pajęczyną

szczęśliwi

gdy zachowali wolność

ptasznik kamiennym rylcem

w puszystej darni łąk

dla zniewolenia skrzydeł

drąży pasiaste rowki

bezwzględny

oburącz napełnia swoje klatki

 

 

Władcy sąsiednich krain

pożądali bramy

życia i śmierci

książęta odległych królestw

szli z tabunami sług

by poznać tajniki furty

zwozili dostojni kupcy

złoto

zapachy

klejnoty

w zamian za bramę

za osadę

rybacy nie chcieli skarbów

utraty ziemi

a wówczas najemni woje

ostrzyli zbrojne piki

czyścili miecze

ich siłacze bębnili w wielkie kotły

i nad całą okolicą wiele dni

królował zgiełk potyczek

 

 

Wczoraj toczono bitwę

dziś mur osady stał się wyższy

i groźniejszy

wrogi książę odpłynął z resztką armii

sprawiedliwie pobity

na horyzoncie maszty jego floty

stawały się mniejsze

mniejsze

kto mógł to wiedzieć

czy statki księcia wpływały do krainy

wodnych olbrzymów

czy niby odległe ptaki

szybując po nieboskłonie

zamieniały się z upływem czasu

w drgania ciepłego powietrza

 

 

Każdego dnia i nocy

szli do osady mordercy

by wszystkich zgładzić

wstęgor królewski

zbyt późno rozrywa włoki

księżycowego żniwiarza

zamknięty w matni

wplątany koroną w długi stożek

bez ratunku

gdy topiel tła utkana

z mocnych oczek

każdego dnia i nocy

wzywały trąby forpoczt

do wycięcia osady w pień

król morza nie zna płycizn

zmarszczonej bryzy

furkotu rybitwy

kształtu narzędzi

stworzonych z myślą o połowie

schwytanych

pierwszy i ostatni raz

przez niebo sieciarzy

 

 

Osada żyła

ciężką pracą

kobiety w deszczowej wodzie

kąpały dzieci

mężczyźni cięli w pasy połcie mięs

wbijali w wyblakłe ściany kute haki

suszyli w białych płótnach

wydartą ze świata leśnych westchnień

różową dziczyznę

saren

młodzieńcy w płaskich koszach

znosili plecionki śledzi

skuszonych ciekawością

nadwodnych przestrzeni

wdziewali w rozwarte paszcze

srebrnych ryb

grube lniane powrozy

uczepione swych szczytów

w sieniach domostw

 

 

Jedynie starców nie trudzono

by mogli słuchać dźwięków fletu

czarodzieja co mówił głosem lekkim

i czasami a to ten

a to tamten

zanucił o wczorajszych wojach

rozwadze kobiet

waleczności rybaków

sile drwali

pomocnej młodzieży

w osadzie nikt nie stracił bliskich

obchodzili wokoło święte drzewo

wydające owoce nie znane na świecie

podziwiając kwitnienie świeżych pączków

których kształt podobny do motyla

zamieniał rdzę powietrza

w sto kolorów

tęczy

 

 

Zaledwie jeden młodzian

ani się śmiał

ani krzątał

lekki powiew sukienki

słomą haftowanej

skórzane spinki sandałów u drobnych

śniadych stóp

dodawały mu realności

nie zbliżał się do drzewa cudów

by zerwać owoc słodki miąższem

nikt go nie kąpał

przyodziewał

nikt mu nie dawał strawy

gościom należnej

 

 

Nie dostrzegła osada

sensu

w spełnieniu rytu

truchleje szczenię w norze

czujne na szelest gada

rysia mama odchodzi nie w porę

by polować w oddali

gad wpełza bez przeszkody

w przedpole legowiska

chłonny na ciepło serca

na owal jasnych źrenic

nie było w mocy ludzi

troszczyć się o misteria

bez woli rady

bezbronne skomle szczenię

nieznanej mu istocie

o dusznym uczuciu

lęku

 

 

Starcy siedzieli w półokręgu

chłopiec przykucnął

przyglądał się bacznie

osesek jeszcze

odgadnąć nie sposób

włosy nosił długie

jak u dziewczyn

splecione w gruby warkocz

ramiona szczupłe

kruche

pęd smukłej łani w zagajniku

rysy twarzy łagodne

dłonie śniade

sypane z kruszca rzadkiej miary

słoneczne kielichy maku

widać po nich

że nie sprzątały pól bitewnych

a tylko wyraz oczu za poważny

ogniem znaczony z wnętrza

tego kręgu

jakby to on sam wyszedł

spośród mędrców

by przemówić

 

 

Nie było to widziane

by dziecko bez opieki

samowolnie zbliżyło się do rady

płochliwy królik zmyka przed orlikiem

nie czekając zabójcy

nie było to w zwyczaju

by żółtodziób mówił

nie pytany

frywolne cielę w skraju pola

chwytane celnie łapą żbika

nie było do pomyślenia

by znajda nie pytany

udzielił odpowiedzi

 

 

Zbyt długo w kucki

malec podobny do łowczego

rozważał

ruchy warg

spojrzenia

gesty

czuł drętwiejące mięśnie

podskoczył nagle

jakby stopą gołą

wszedł w różę ogniska

stawał to na jedną

to na drugą nogę

by mrowienie odeszło

a gdy róża spłonęła

znów skupił się na flecie

i cichej mowie rady

 

 

Orzeł srebrny zatacza nad nim wiele kręgów

znacząc w podniebnych niszach wir powietrzny

wzrok ptaka nie zniewoli myszy

żerującej przy boku słuchacza

mędrcy zgubili wątek

forsownych rozważań

na temat śmierci

dźwięk

myśl

nawet eksplozja światła

okazują się być zbyt powolne

by mógł w szpony pochwycić orzeł zdobycz

co jest tak blisko

 

 

Czyjś synu

najstarszy z rady

pytał sennie

zaciągnął się głęboko wonią świętą

skrywaną w ciężkim zwoju skóry

zanurzył w ciemnym płynie

zwiędłe wargi

jego członki zadrżały

niczym ziemia

u stóp gotującego się otworu

wołają mnie Abato

mówią

Abato Chłopiec

 

 

Starzec przymknął powieki

kiwał znacząco głową

Abato Chłopiec

wiemy wiemy

znamy wieści

Abato zwany Chłopcem

rada mruczała niewyraźnie

mędrcy ukryli stare oczy

przyduszeni ciężarem wiadomości

gładzili rzadkie

długie brody

dłońmi rysowali w powietrzu

tajemne znaki

więc ty niczyj jesteś synu

potrzebujesz rodziny

matki

ojca

by uczyli cię najświętszych praw

 

 

Poruszyli się starcy

ściągali swe odzienie

podawali z ust do ust

czarowny napój

milczeli

gdy mały chłopiec

wstąpił w ich półokrąg

dlaczego orzeł ma dwoje oczu

rosomak parę uszu

płaszczka ślepy ogień i jad

człowiek dwojakie powonienie

rada ma drzewo mądrości

a Bóg bramę życia i śmierci

 

 

W osadzie nie było dobre

by nowicjusz trudził radę

lecz sprawa była inna

niż zazwyczaj

mędrcy wstawali

prostowali pokryte cienkim światłem

kości

zrywali z siebie długie szaty

otoczyli niepostrzeżenie młodzieńca

pochwycili się obnażeni za ramiona

zrazu wolno

potem szybciej

szybciej zaczęli obracać tanecznym kręgiem

flet grał jak zaczarowany

i rada

jak zaczarowana

wirowała

chłopiec przyglądał się tancerzom

wczuwał w porywający rytm

 

 

Nikt nie znał kroków tańca

nie mógł zaśpiewać z wnętrza

pieśni

prócz starców rady

jastrząb rozkłada skrzydła

choć wiatr plącze mu lotki

nie było zgody w radzie

by przybłęda wyczuł rytm

taneczny

wichura niszczy gniazdo

testując jakość lęgu

 

 

Śpiewali mędrcy w tańcu

najstarszą opowieść

wieloma językami

w rytm zapomnianych dźwięków

których brzmienie mogły znać

niektóre tylko spośród głazów

muru

znajda chciał śpiew zrozumieć

a gdy dla niego nadszedł czas

na wspólny ryt

jasną muzykę z głębi serca

porwały go radosne tańce

wśliznął się w wiotkie pląsy mędrców

sięgając śmiało

po starannie ukryte

bogactwo

 

 

I znowu intruz

starców pytał

dlaczego tylko wy ze wszystkich

nie wychodzicie poza bramę

życia i śmierci

tylko wy

nie opuszczacie nigdy miejsca

z drzewem mądrości

wy

w czasie najazdów wrogich wojsk

nie przekraczacie z głazów muru

starcy zignorowali go

nie zbeszcześcili miłego obrzędu

tańczyli długo

aż młodzian ze zmęczenia

osunął się na ziemię

by zasnąć

 

 

Święte drzewo jaśnieje barwą światła

nie spotykaną w żadnym nieboskłonie

z korony lśniącej potęgą Boga

wspartej przez mądrość ponad resztą

na którą sił mędrcy nie mają

by złączyć się ze zrozumieniem

i posiąść wiedzę

u dołu drzewa królestwo

spojone świętym fundamentem

na chwałę Boga

 

 

Rano malec spał w dębowej izbie

żona rybaka

czyściła kosz łapczywych ryb

swąd przypalonej łuski

odnajdywał swój sens

w zwierzęcych nozdrzach

ciebie zwą

Abato Chłopiec

wstań i usiądź do stołu

najedz się do syta

jeśli jest ci tutaj dobrze

zostań

 

 

Kobiecą łagodnością

głosem pełnym ciepła

zachęcała do zgody

przysiadł na brzegu ławy

wzrok przykuł do ściany

z bielonych bali

wisiał na niej zbrojny oręż

wielkie topory

korbacze

ostrzone piki

tarcze

kołczany

miecze

domowe palenisko syczało

od rybich kropli

gęstego tłuszczu

 

 

Ściana aż huczy z bólu

młody jelonek kona w trzewiach łani

rosły wojownik głośno szlocha

tuląc do piersi ściętą główkę synka

nawała zbliża się jak strzała

wypuszczona z cięciwy zręczną dłonią

przytwierdza orła do wielu warstw nieba

topór ścina gałęzie niczym ludzkie ręce

przepoławia świat cały

 

 

Nie siądę z tobą do stołu

używaliście toporów

pików

mieczy

nie usiądę z twym mężem

jeśli broń należy do niego

mały chłopiec był przygnębiony

nad paleniskiem wciąż tkwiły

dłonie sprawnej łuczniczki

dopiero gorąco ognia

rozkazało je cofnąć

zajrzał w kobiety serce

spojrzenie zdało się mocniejsze

niźli słowo

które najprostszą drogą

trafia w sedno sprawy

gdy chłopiec wybiegł z izby

poczuła ulgę

może nie wróci do jej domu

kto inny zechce układać go do snu

nikt tego nie mógł wiedzieć

 

 

On już z progu chaty widział

radę starców w półkolu wielkiego placu

rozkołysane głowy

lepkie ciała

z oddali zdawało się

że plac wypełniła cisza

gdy podszedł bliżej

raz po raz do uszu

trafiały w strzępach

gwałtownie rwane szepty

 

 

Nie było w osadzie znane

mędrcom spoufalanie

ryś staje łapą wprost na roju

skrytym w poszyciu korowiny

wzbudzając strach w szerszeni

siole

nie znane to w pradziejach

by osesek wkraczał

w półkrąg rady

drapieżnik kluczy przed atakiem

żądlony w nozdrza oszaleje

tuż po zmierzchu

nie było to bezpieczne

by nowicjusz rozumiał

rady szept

 

 

Podszedł jeszcze bliżej

postronni gapie

ciekawi reakcji mędrców

zadziwieni

zgorszeni

wypowiadali uwagi

pouczenia

docinki

przybysz miał to sobie za nic

chwycił za rękę złotowłosą

być może jeszcze nie kobietę

pachnącą gęstym podnieceniem

rada nie mogła nic poradzić

na taką profanację

 

 

Młodzieniec odebrał im dziewczynę

którą w zwyczaju tej osady

starcy dotykać mieli chciwie

dławiąc jej pierwsze łono

chwycił za rękę kawalera

być może jeszcze nie mężczyznę

w miękkiej sukni

zadartej do ramion

odebrał im wyrostka

którego starcy posiąść mieli

wypełniając fałszywy ryt

 

 

A gdy spotkało się tych dwoje

obok lśniącego zadrzewia mądrości

młodzian wpatrywał się zachłannie

w ich ciepłą pierwszą miłość

potem wrócił do rady

długo stał na wpółokręgu

rady zakłopotanej szczerze

nim nie zapytał o to samo

dlaczego nie chodzicie poza bramę

życia i śmierci

 

 

Mędrcy rozkołysali biodra

ramionami owinęli zarys fletu

który znów wydawał święte dźwięki

otoczyli zuchwalca

by tańczył z nimi

mistyczną opowieść

historię świata

zapadł wieczór

szybciej niż zazwyczaj

zmęczony tancerz osunął się

na ziemię

usnął

 

 

Święte drzewo jaśnieje barwą światła

nie spotykaną w żadnym nieboskłonie

ze zrozumienia tryska łaska

świetlista ścieżka kładka Boga

wsparta przez srogość ponad resztą

na którą sił dziś starcom zbrakło

by piękno posiąść i zwycięstwo

otulające święte drzewo

tuż ponad smukłym pniem

na Boga chwałę

 

 

Rankiem w narożu sieni

wygodnej chaty drwala

znajda wstał z leża

szturchany wonią mąki

zmienionej w skwierczącym żarze

na złote placki

zwą ciebie

Abato Chłopiec

usiądź z nami do stołu

najedz się do syta

przygarniemy cię jak syna

jeżeli jest ci tutaj dobrze

 

 

W drewnianej misie

kobieta mieszała ciasto

ramieniem starła mokre czoło

spłukała z dłoni lepkie grudki

malec wszedł poproszony

do izby

w niej na kamiennej ścianie

wczepione w żelazne haki

wisiały mordercze strzały

pękate młoty

miecze dwuręczne

nadziaki

zasyczały w płomieniach

wilgotne drobinki mąki

skacząc czerwienią ognia

ponad piekący róż

 

 

Jeleń próbuje umknąć

lecz płoną wokół pola

kusza celuje prosto w dumne serce

nie zmyli tropu

grot dziurawi oddech

aż do samego końca tchu

płoną obejścia pełne życia

ludzkiego płodu

kobiet

starców

ogień zabiera wszystkich w podróż

poza kres świata

jeździec nie zdąży dziś z pomocą

zad jego konia tarzany w ukropie

strzelec zapala łunę nad wierzchowcem

ona już tańczy nad nim

w rytmie śmierci

 

 

Nie usiądę z wami przy stole

jeżeli są to wasze strzały

kusze

miecze

nie zostanę

jeśli broń służyła do morderstwa

znów padły mocne słowa

mieszkańcy czuli się zmieszani

czegóż chciał od nich dziwny przybysz

czy ich otwartość i gościna

skrywały skazę

wiedzieli

że młodzian stąd odejdzie

czy mieli go zatrzymać

musimy mieć tę broń

dla obrony przed plagą

zachłannych książąt

oni chcą spalić domy

ukraść drzewo mądrości

zburzyć kamienny mur

pokonać bramę

życia i śmierci

nas wymordować

chłopiec zadarł wysoko głowę

zaglądnął wprost drwalowi w oczy

spojrzeniem

w którym ptak poderwał się

do lotu wolnego

 

 

Stoją sieci łowieckie

na linii horyzontu

powietrzna drygawica

zamyka przejścia

nie było to niemądre

odrzucić starców racje

gdy nie widzieli

nie czuli

gardzili zaufaniem

drożna jest tylko ścieżka

w głębinach oceanu

gotowa na przyjęcie

tysięcy pokoleń

 

 

Mały chłopiec przykucnął

przed półkolem

wsłuchując się w wymowę mędrców

bliższą mu

z każdą nową frazą

chciał wiedzieć czy te słowa

to modlitwa

pytanie o Boga

 

 

Znowu przybłędzie

zdrętwiały stopy

zaczął skakać to na jednej

to na drugiej nodze

ciekawscy rozbawieni

śmiali się otwarcie

wytykając palcami

on lekceważył ich błazeństwa

chwycił za rękę pannę piękną

dorodną w kłosach w mleczach strojną

pachnącą rześkim podnieceniem

rada nie mogła nic poradzić

na taką arogancję

 

 

Zuchwalec zabrał kobietę

którą w zwyczaju tej osady

starcy dotykać mieli chciwie

dławiąc jej wierne radzie łono

pochwycił ramię prężne

mężczyzny pojonego świętym trunkiem

strojnego w płótno sukni

zadartej do pasa

odebrał męża

którego mędrcy mieli posiąść

wypełniając dziurawe lędźwie

 

 

A gdy spotkało się tych dwoje

obok lśniącego zadrzewia mądrości

zachłannie wkroczył

w wartki potok

w ich rosłą miłość

pełną kwiatów

potem powrócił znów do starców

wiele razy was o to pytałem

dlaczego nie chodzicie poza bramę

życia i śmierci

 

 

Mędrców rada stała w kręgu

ich kołysane trunkiem głowy

słuchały skarg

cichego grania

ręce splecione w wiankach

nogi

biodra

i szyje

coraz szybciej

szybciej muskały dźwięków

malec także poddał się rytmowi

ciało tak młode

giętkie

całkowicie pochłonął taniec

a gdy wieczorem usnął

jego serce i głowa

nadal pląsały

wirowały

 

 

Nie było w obyczaju

rybakówi i drwali

by dziecko dotykało

dłonią nowiu

nocny puchacz sięga po padalca

w rozwartym pniu jesionu

zadaje cios

i niesie zdobycz w leśny bezruch

nie było to stosowne

by intruz

miał prawo mówić

w kręgu

nietoperz skraca dystans

na echo kremowych ciem

ich delikatne kształty

nie przetrwają do świtu

nie było na to miejsca

by znajda mógł podważyć

święty fundament

zasad

 

 

Mijały wieczory

każdego świtu chłopiec budził się

w nieznanym domu

gdzie na wielkich ścianach

wisiały miecze i kołczany

niezliczone zapasy

zmyślnej broni

nie chciał

siadać przy stole

z ludźmi pospolitego

zaniedbania

odchodził wprost do rady

by tańczyć poza noc

usnąć i budzić znów do pląsów

po wielu dniach w osadzie

nikogo nie wzburzało

zachowanie małego chłopca

 

 

Lecz on nadal nie wiedział

czym było drzewo mądrości

po co Bóg stworzył

mur tajemny

z bramą

życia i śmierci

dlaczego starcy stronili od niej

nikt w osadzie nie znał

odpowiedzi

 

 

Nie było to możliwe

by pojąć miary świata

bez ziarenka ufności

lisica żeruje nocą

bacząc na chytrych stróżów

a przed nią dół głęboki

nie było nigdy łatwe

by tej osady mędrcy

patrzyli także sercem

potrzask skrywa naturę

stosownie do ofiary

 

 

Nikt w osadzie nie wiedział

dlaczego z przybyciem młodzieńca

zbrojni nie szturmowali

rybackiej wioski

krzątano się radośnie

przed ciepłym świętem lata

w cieniu drzewa mądrości

dzieci plotły kwiatorośl

cieśle wznosili słup

gdy jego szczyt przystroi wianek

dziewczęta zdejmą zwiewne stroje

nagość ich ciał zanuci pieśni

mężczyźni wchłoną słodki napar

nadający im wiotkość węża

 

 

Starcy czekali

z rady tańcem

w odświętny dzień

śmiech i zabawy

przelotne spojrzenia

psotliwa młodzież

hałas dzieci

gwar i muzyka

splątane

bez ustalonej kolejności

wciąż bez słusznego porządku

 

 

Mędrcy zrzucili w końcu szaty

ich ciała kruche

stopy szczupłe

skóra rozlazła pod podbrzuszem

piersi zbyt ciężkie choć to nie kobiety

członki zszarzałe

pożółkłe

półżywe

wypełnione guzami lepkiej mazi

 

 

Żurawie kluczą

w starorzecza

w torfowych wrzosów lęgowiska

klangor roznosi się w mokradła

nie było takiej pieśni

której rada nie znała

by przedłużyć swój czas

podrzucają dziobami

samce darń i kamienie

płaszcząc w godowym tańcu

muśnięte czernią lotki

 

 

Uderzono już w kotły

ich siła zdusiła zgiełk

jakby miłosny wiatr

zatrzymał płomień ognia

ruszyli mędrcy z kręgiem

w cieniu świętego drzewa

wokół słupa z ofiarnym wiankiem

dziewczęta w nowym kręgu

chłopcy w kolejnym

większym

kotły przycichły

flet zagrał starą melodię

z pragłębin duszy

odwieczny zew

życia i śmierci

tancerze puścili się w pląs

śpiewając świętą pieśń

 

 

Tylko Bóg zna tajemnice

otwiera zamyka nasze życie

a kto zechce wedrzeć się tu skrycie

Bóg nasz pozna jego tajemnicę

a kto ma serce z czarną wodą

Bóg wyrwie mu serce

 

 

Młodzian przyglądał się tańcowi tańców

wybuchły w nim słowa pieśni

z obnażonego ciała

w święte naczynia zmierzchu

wyciekł nektar

nowego życia

dręczyła go samotność

zbyt różnił się

od innych

nie tylko chłopców

dziewcząt w jego wieku

nikt nie znał odpowiedzi

na najprostsze pytania

starcy nie rozumieli

że to Abato zwany Chłopcem

mógł radzie pomóc

 

 

W półcieniu do śródnocy

patrzył przybysz na pląsy

cieszył młode dziewczęta

gdy białym nektarem z naczyń

obmywały swe krocza

dotykał ich ruszenie

muskał zapachem wnętrze

wypełniał pokusą

znaną wdzięcznym kochankom

w końcu zatęsknił za tańcem

za lekką modlitwą mędrców

oni podeszli do chłopca

ty jesteś

Abato Chłopiec

nie znamy odpowiedzi na pytania

modlimy się codziennie

choć nic nie wiemy o Bogu

on jest

drzewo mądrości

kamienny mur

brama życia i śmierci

są świadectwem

 

 

Starcy nie zaczekali na rozmowę

wtopili się w taneczne kręgi

odpowiedzi nie było w osadzie

cóż zatem robił wśród tych ludzi

po co tak trudził

dlaczego właśnie on

łzy napłynęły do oczu

serce zawisło gdzieś po środku

pustej czeluści

nazbyt zlękniony

bezradny

próbował zdusić w sobie łkanie

jak to czynił ukradkiem każdy malec

chcący ukryć łzy przed rychłym świtem

w osadzie znów dudniły kotły

rozpalano ogniska

zdolne rozświetlić

dno zatoki

pożółkłe światło łuny

przyćmiło swą siłą

noc

 

 

W palecie barw kolory

mieszają się z nutami

szafran ognia

przenika takt

w wachlarzu uczuć miłość

żywa jak zieleń mięty

rozbudza powonienie

smakami grynszpanu

w sekwencji myśli przestrzeń

belkowana cyjanem

pikowana szafirem

z szorstkim smakiem ulotnym

 

 

Z oddali dobiegły dźwięki

aksamitne skrzypicy

nie zdołał ich zgłuszyć

twardy wieloton kotłów

otworzyła swe wrota

wielka furta

zza niej do uszu chłopca

sfrunęły świeże barwy

zza bramy

życia i śmierci

stamtąd do jego serca

trafiło wzniosłe szczęście

otarł z policzków gorycz

wzywany przez skrzypicę

otwartą furtą wybiegł

przed osadę

 

 

Przedpole było mroczne

dźwięki słyszał wyraźniej

muzykę z ponad tafli

mistycznej zatoki

młodzieniec stanął na grani

w zapaści po horyzont

ogrom uśpionych wód

wielka tarcza księżyca

blaskiem sięgnęła

rybiego dostatku

nawoływania skrzypicy

były tak bliskie

jakby starcy mieli zacząć

kolejny święty taniec

lecz nic tutaj po radzie

w samotności

mały chłopiec na grani

wpatrywał się w kontur zatoki

szukając grajka

 

 

Nie czas na powrót

do osady

wstrzymał go przed tym

gejzer iskier

od nich płynęły czyste dźwięki

poświata coraz wyraźniejsza

wynurzała się z ciemnych głębin

onieśmielając malca

nikt przed nim nie oglądał

skrytej natury światła

szybko dźwięki skrzypicy

rozlały się na wszystko

ich barwa swoim czarem

objęła wodną toń

by w końcu wznieść się

ponad niebo

 

 

Trysnęły iskry światłem

żywym i wielkim

potężnym jak zatoka

majestatyczne falowanie

misternej formy

jej zniewalający blask

także człowieka czyniły wyjątkowym

prostota i złożoność

urzekały harmonią

 

 

Nie było do przyjęcia

by dziecko bez rodziny

dostąpiło bogactwa

źrebię zbłąkane w polu

przy głównym trakcie

nie było sprawiedliwe

by znał znajda naturę

samych rzeczy

wojownik rzuca arkan

lecz źrebię zrywa pętlę

nie było od początków

by przybłęda

poznał naturę słów

 

 

Nagle struny skrzypicy

rozerwał tętent kopyt

tysiące zbrojnych

wjechało na przedpole

osaczając osadę

Boska poświata

zsunęła się w głębinę

zniknęła

młodzian pozostał sam

na grani brzegu

 

Örebro – Edynburg 2006 – 2012

 

 

‘Abato Chłopiec. Poemat epicki w trzynastu częściach, z prologiem i epilogiem’

 ‘Abato. Epic poem in thirteen parts, with a prologue and an epilogue’

Copyright © by Isaac Jacobovsky, 2012

All rights reserved. No parts of this publication may be reproduced, stored in a retrieval system, or transmitted in any form or by any means, electronic, mechanical, photocopying, recording or otherwise, or adapted to the needs of the media – without the prior written permission of the book Author

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *